niedziela, 26 maja 2013

KINGS OF EUROPE: FC BAYERN

Czyli, mówiąc inaczej: jestem mistrzem Europy drugi rok pod rząd :D
W następnym sezonie kolej Realu!

Ale, ale, wracając do finału.

Na początku chcę przede wszystkim pogratulować Borussi Dortmund.
Kiedy na jesieni wylosowano grupy w CL, nikt nie spodziewał się, że Dortmund przejdzie własną, co dopiero ją wygra, a następnie dojdzie do finału. A jednak!
W trakcie, gdy zaskakiwali cały piłkarski świat, rozkochiwali w sobie kolejnych kibiców...
Mają teraz dobry team, trenera, oddanych kibiców i pewną markę w Europie, czego chcieć więcej od zespołu który jeszcze parę lat temu stał nad przepaścią?
Poza tym zagrali naprawdę dobry finał, więc gratulacje się należą.

O tym, że Dortmund rozgrywał dobry finał świadczy to, że po pierwszej połowie szykowałam już chusteczki, bo czułam, że Bayern z minuty na minutę coraz bardziej oddala się od trofeum.
Na początku tego meczu wróciły wszystkie koszmary poprzedniego sezonu, Neuer był najlepszym naszym zawodnikiem, a Arjena Robbena dopadł jego "syndrom finału".
Robben nie jest zawodnikiem, którego ktoś może obrażać w mojej obecności - grał we wszystkich moich klubach i nawet samo to może być wytłumaczeniem mojego stosunku do niego. Kiedy zmarnował te dwie sytuacje sam na sam z Weidenfellerem, już szykowałam się do bronienia go w następnych dniach, rozpaczałam, że znów dopadły go jego demony i krzyczałam do telewizora: ARJEN NIE MOŻESZ, ARJEN NIE, MASZ WYKORZYSTYWAĆ SYTUACJE, NIE MOŻESZ SPIEPRZYĆ KOLEJNEGO FINAŁU.
Całe szczęście, moje wołania zostały wysłuchane..
Nie będę się zbytnio rozwodzić nad samym meczem, każdy go widział i zapewne każdy ma już wyrobioną na jego temat opinię.
Moja jest taka, że sędzia w każdej sytuacji zachował się dobrze, nawet przy tej z karnym dla Dortmundu.
Karny oczywiście się należał - Dante potraktował Marco bardzo nieprzyjemnie - ale czy naprawdę powinien był pokazać drugą żółtą kartkę?
Naprawdę dobrze, że sędzia nie chciał osłabiać żadnego zespołu - to miało być widowisko najwyższej klasy, sto procent na sto, miał wygrać lepszy. Zresztą, czy Dortmund miałby aż taką satysfakcję z hipotetycznej wygranej, jeżeli wiedziałby, że wygrał z Bayernem osłabionym? Cóż, może to głupie pytanie, oczywiście, że by miał - to w końcu finał Ligi Mistrzów. I pewnie gdybym była fanką Borussi, miałabym całkowicie inne zapatrywanie na tę kwestię.
Całe szczęście, to jedyna kontrowersja związana z tym meczem.
Reszta przebiegła w duchu czystej, sportowej rywalizacji (oczywiście wyłączając po prostu złośliwe zachowanie Lewandowskiego wobec Boatenga - i nie uwierzę, że to był przypadek.)
Po wyrównaniu Borussi na stan 1-1, ten wynik utrzymywał się praktycznie do końca meczu.
Szykowałam się już do dogrywki i karnych (czułam się, jakbym miała zaraz pójść na ścięcie).
Ale, niech wspaniała dusza Arjena Robbena będzie błogosławiona na wieki, bo w 89 minucie stało się to:


I BAYERN ZOSTAŁ MISTRZEM EUROPY.
Oprócz szczęścia, uczuciem dominującym u mnie była ulga.
Ostatnie finały Bayernu były dla mnie ciężkie.
Rok temu, z Chelsea. Z klubem, do którego mam tyle samo uczuć, co do Bayernu. Nie byłam w stanie wybrać.
Wcześniej, z Interem. Przeciwko Mourinho. Wybór też był ciężki.
I czułam się zawsze źle, że nie mogę kibicować im w pełni.
Dopiero teraz, całym sercem, mogłam być za Bayernem.
A ten finał był sprawdzianem wszystkiego - Bayern nie mógł pozwolić, aby przylgnęła do niego łatka przegranego. To była również ostatnia szansa Juppa Heynckesa na wygranie najważniejszego trofeum. I, kto wie, mogła to być ostatnia szansa generacji Lahma i Schweinsteigera na wzniesienie tego pucharu.
Tak więc, presja była przeogromna i, mimo wszystkich przeciwności, Bayern zdołał ją przezwyciężyć.

Ulżyło mi, po prostu mi ulżyło, bo cały rok miałam gdzieś z tyłu umysłu obrazki sprzed roku, z najwspanialszego dnia w historii Chelsea..obrazki całego Bayernu na kolanach, Lahma krążącego po murawie i pocieszającego wszystkich, łez Bastiana, całkowitej porażki Arjena.. Jeżeli miałabym zobaczyć to znowu..nie, teraz jest czas szczęścia, nie będę sobie tego wyobrażać!

W każdym razie, udało się - i Bayern absolutnie na tą wygraną zasłużył. To zespół, który z całą pewnością przez cały sezon pracował najciężej, który wyzbył się wszelkich konfliktów, który zmierzył się ze wszystkimi koszmarami poprzednich lat i przezwyciężył je..To również piłkarze, którzy zasłużyli, przegrywając poprzednie potyczki.
Bastian..



Arjen...

 Swoją drogą, jaka presja na nim musiała ciążyć..chyba nawet jeszcze gorsza, niż na Ramosie, a wiemy, jak w Sergio ten karny siedział..
Cała reszta..

I, przede wszystkim, mój ukochany kapitan.

Ten moment mnie samą doprowadził do łez. Płaczący ze szczęścia Philipp > cała reszta świata.
I to..to znaczy świat dla mnie.
Philipp: Gramy ze sobą 16 lat. To wspaniałe, móc celebrować ten moment razem.
Ja: *happily sobbing*
FC Bayern :')
Och, a to jest piękne:
I to też. Thomas, ich liebe dich.
 I tylko ten pan łamie mi serce:



Zawsze mówiłam, Marco, że kocham cię zbyt bardzo, aby to mogło przynieść dobry skutek. *biggest hug of ever hugs*

Ale, cholera, jestem szczęśliwa.
Teraz tylko trzeba trzymać kciuki za 1 czerwca i będzie potrójna korona, a ten wspaniały team przejdzie do historii.
MIA SAN MIA!




PS. A Cristiano Ronaldo pozostał królem strzelców tego sezonu Ligi Mistrzów, juuhuuu!

wtorek, 21 maja 2013

José odchodzi.

I tak właśnie zacięłam się na tytule, bo siedzę i patrzę się na niego od 5 minut.
Bo może nadal to do mnie nie dochodzi, albo właśnie doszło, kiedy sama to napisałam.
Zabawne, kiedy rzecz, o której mówiło się od pół roku, dochodzi do skutku i mimo tak długiego "okresu przygotowawczego" nie możesz się z nią pogodzić.

Real Madryt zawsze był moim pierwszym, ukochanym klubem, z którym łączy mnie największa więź emocjonalna. Wiecie, mówi się, że nikt samemu nie wybiera klubów - to one wybierają ciebie - i zwykłam w to wierzyć. Tak więc, Real Madryt wybrał mnie i cóż, najwyraźniej takie już moje przeznaczenie.

Zwykle nikt nie ma grona ulubionych piłkarzy, trenerów itd. Oczywiście, przechodzi się fazy, nazwę to "zakochaniem", kiedy przez pewien czas pozostajemy pod czyimś urokiem, ale zwykle tych prawdziwych "miłości" mamy stosunkowo niewiele. Za to pozostają z nami na zawsze.
W moim przypadku jedną z takich miłości zawsze był José Mourinho.

Można sobie wyobrazić, jak bardzo szczęśliwą osobą byłam kiedy trener, który był dla mnie inspiracją, w każdym aspekcie, ponadto który osiągał sukcesy, przeszedł do mojego, wielkiego, tylko trochę niepamiętającego swojej wielkości klubu, potrzebującego sukcesów. Dla mnie równanie było proste: sukcesy = Mourinho. Moje postrzeganie tego równania nie zmieniło się.

Ten przydługi wstęp ma swój cel: mianowicie pokazanie tego, że nie nie jestem madridistką smutną z powodu odejścia trenera, którego bardzo lubi. Nie; ja jestem zarówno madridistką, jak i mourinhistką.
Że kiedy Real wygrywał coś razem z Mou - liczyłam zarówno który to puchar Realu, a także który samego Mourinho.

Oczywiście, teraz można zrozumieć, jak ważne dla mnie było to, żeby Mou przyniósł Realowi sukces - przyniósł Décimę, będąc dokładną.
Szkoda, że już nie ma szans na szans na spełnienie mojego marzenia.

Po sezonie 2011/ 2012 wszystko było piękne, Mou przedłużył kontrakt aż do 2016 i krzyczałam z radości.
Jak wielki był mój zawód, kiedy nagle, pół roku później, po złej pierwszej części sezonu nikt już nie chciał Mourinho..wszyscy zapomnieli, o tym, co zrobił dla Realu - nie, przepraszam, przecież mówiło się, że go splamił i zniszczył. Bawi mnie to.

Nie zamierzam analizować całej sytuacji z Ikerem Casillasem (swoją drogą, zabawne, że odejście Mou ogłoszono w jego urodziny), nie będę się zastanawiać czy był między panami konflikt przed posadzeniem Ikera na ławce, nie będę myśleć, czy to Iker chodził po prasie i kazał narzeczonej rozpowiadać rzeczy z szatni. Skupię się na sportowych aspektach i powiem jedynie, że decyzję o posadzeniu go na ławce uważam za słuszną. Święty nie święty, przez całą pierwszą połowę sezonu był nie  w formie - zagranie z posadzeniem go na ławce prawdopodobnie miało na celu pobudzenie go, pokazanie, że jeżeli będzie w złej formie to nie dostanie z biegu miejsca w pierwszym składzie, za samo nazwisko. Powinien się starać. Jak pamiętamy, drugi mecz też przesiedział - również dobrze, Mou musiał pokazać, że mimo nacisku prasy i fanów to on tu rządzi. W trzecim meczu Iker już grał - i to grał lepiej. Niestety, zdarzyła się ta przeklęta kontuzja, kupiliśmy Diego Lopeza no i wiadomo, że za kadencji Mourinho Iker już nie zagra.
Te trzy mecze faktycznie były trudne i można się było kłócić - czy Mou faktycznie chciał ''rozbudzić" Ikera, czy to może się odezwała jego "wredota, brak szacunku i przeogromne ego". Co oczywiście również mnie rozbawiło.
Nie mówię, że José Mourinho nie ma wad, oczywiście; ale jednego jestem pewna - nie osłabiłby drużyny ot tak, nie mając w tym celu, kierując się tylko jakimś widzimisię (zresztą, wtedy to nawet nie było osłabienie. O ile dobrze pamiętam, Adan wpuścił tylko to, czego Iker również nie mógłby obronić). Dlaczego nie zrobiłby tego? Bo, przede wszystkim, Mourinho jest profesjonalistą. Cholernie ambitnym profesjonalistą, który chce wygrać każdy mecz.
W wyniku kontuzji Casillasa kupno nowego bramkarza było oczywiście niezbędne; a Diego godnie zastąpił naszego kapitana pomiędzy słupkami. Dlatego nie rozumiałam, i nadal nie rozumiem, dlaczego po tym, jak Iker już się wykurował, miano pretensje do Mourinho, że nadal stawia na Lopeza. Bramkarz w świetnej formie, dzięki któremu udało nam się wygrać parę meczy, który miał duży wkład w przechodzenie do kolejnej rundy Ligi Mistrzów, boże, dlaczego on gra? Nie powinien, skoro jest święty Iker, który nie grał od paru miesięcy, no ale Iker to Iker i Iker musi grać! Urgh..
Oczywiście, tutaj muszę zaznaczyć, że zawsze byłam fanką Casillasa. Który madridista by nie był? Mimo to, dla mnie, na jego wizerunku w trakcie tego sezonu pojawiły się rysy.
Po pierwsze, jego milczenie. Powinien był, jako kapitan, powiedzieć, że rozumie, iż nie zawsze może grać. Że rozumie wybór trenera, bo Diego Lopez jest w gazie i broni wszystko. Że szanuje decyzje trenera. Czekałam. Może i powiedział, że wspiera Diego; ale nie wyrzekł ani jednego zdania o trenerze - oprócz tego, że jest szczery (w tonie i z miną, która już tylko mogła dać pole do popisu prasie).
Oczywiście, nie obwiniam Ikera, i on i Mou mają swoje za uszami - głównym powodem madryckiego dramatu w ostatnich miesiącach jest hiszpańska prasa.

Hiszpańska prasa nie jest w stanie znieść słowa "sukces" i "Portugalczyk" obok siebie. Tak też jest z Cristiano Ronaldo - kogo z całej drużyny media atakowały najbardziej, razem z Mourinho? Hiszpańska prasa nie jest w stanie przejść koło sukcesów Cristiano bez przyrównywania go do kogoś innego, albo bez wytykania mu tych błędów, które zdarzyło się mu popełnić.
Rozbawiło mnie, jak bardzo te media ostatnio broniły Pepe - w końcu to one, te same, nazywały go, jeszcze niedawno, rzeźnikiem. To przed tą prasą Mourinho wstawiał się za Pepe. Szkoda, że zawodnik pokazał nam, że ma krótką pamięć.
Oczywiście, nie mówię, że prasa hiszpańska automatycznie nie lubi tego, co portugalskie. Jednak niechęć pozostaje, a charakter Mou sprzyja rozsiewaniu nienawiści.
Mourinho zawsze był szczery, co nie sprzyja miłości; poza tym, widział też ten stosunek jaki ma do niego prasa - był taki sam dla nich, jak oni dla niego. Oni wytykali mu błędy - on im udowadniał, że nie mają racji. Nigdy nie dał się podporządkować.
Można powiedzieć, że takie stosunki z prasą są dla Mou normalne, bo traktowany był tak wszędzie - ale jest pewna zasadnicza różnica. W Anglii, gdyby popełnił błąd, oczywiście by mu go wytknięto; ale nigdy nie zapomniano by o tym, co już osiągnął. Prasa hiszpańska woli nie pamiętać o jego sukcesach.
Oczywiście, moim zarzutem wobec hiszpańskiej prasy jest jeszcze to, że zrobili z Casillasa świętą krowę. Całą historię pomalowali na czarno biało - Iker był pokrzywdzoną, biedną księżniczką przetrzymywaną w wieży przez okrutną czarownicę, Mourinho.
Cóż, Hiszpanie mają tak samo patetyczne podejście do Casillasa jak Polacy do Lewandowskiego. (Polska: Lewy, pokaż tym Niemcom! Niech wiedzą, że jesteś lepszy!, Hiszpania: Iker, pokaż temu Portugalczykowi...). Iker pozostaje symbolem hegemonii Hiszpanii, ich sukcesów i jest nietykalny. Cóż, José prawdopodobnie źle obliczył swoje siły - z klubem, w którym pracuje, umie wywalczyć to, czego chce. Niestety, nie sposób walczyć z prasą, która obserwuje każdy twój ruch i interpretuje go na swój sposób, zgodny z propagandą, jaką chce przeprowadzić.
Chcę wierzyć w to, że osoby, które w tym momencie tak nienawidzą Mourinho, są po prostu osobami które uległy tej propagandzie.

Moim zdaniem Mourinho błędy popełniać zaczął dopiero ostatnio: sytuacja z Pepe może być tego przykładem. Cóż, zawodnik nie powinien był pouczać trenera; Mourinho miał pełne prawo do odpowiedzenia mu. Zresztą, nawet wtedy nie potraktował go źle - stwierdził jedynie fakty, mówiąc, że problemem Pepe jest Varane...Ale na tym powinien był poprzestać. Szczerze mówiąc, byłam mocno zdziwiona widząc, że nie powołał go na następny mecz - i lekko zawiedziona.
Ale, proszę, komu nie zaczęłyby puszczać nerwy?
Nie jestem w stanie sobie wyobrazić presji, jaką nałożono na Mourinho, tak była ogromna.
Cholera, jego nawet śledzono, żeby udowodnić, że pracuje parę godzin mniej!
Facet nie mógł spokojnie pójść na mecz swojego własnego syna, bo miano o to do niego pretensje!
Ponadto dziewczyna kapitana jego drużyny wynosiła informacje z szatni, a teraz w dodatku zawodnik, którego zawsze bronił, wbija mu nóż w plecy..
Gdybym była na miejscu Mourinho, zwariowałabym.

Tak wiele razy w tym sezonie czułam, że nie zniosę kolejnej wypowiedzi o tym, jak to Mourinho nie rozumie 'madridismo' i nie zasługuje na bycie trenerem Realu Madryt, bo plami i kale i niszczy jego wizerunek.
I teraz słyszę, że kiedy już go nie będzie, klub znowu będzie monumentalny, czysty, królewski.
Teraz się okaże, jak złą madridistką jestem. Tak, jestem przywiązana do tradycji klubu.
Ale jak słyszę teksty, że 'Real wolałby przegrać, niż wygrać w ten sposób bo my jesteśmy wielkim Realem Madryt', albo (kiedy Mou kazał Sergio i Xabiemu się wykartkować) "Mourinho to wstyd dla Realu, to nie jest w naszym stylu" (no bo np. w finale nie chcielibyśmy mieć kluczowych zawodników), to mnie pusty śmiech bierze.
Na to wychodzi, że nie w naszym stylu jest wygrywanie. Że, kontynuując moje równanie, jeżeli Mourinho = sukces, a my się mijamy z Mourinho, to również mijamy się z sukcesem..Dobra, poszłam za daleko.
Ale, czy nikt naprawdę nie widzi, że to wszystko powyżej to tylko gadka dla przegranych? To wymyślanie argumentów przed porażką, która jeszcze nie nastąpiła?
W piłce nożnej chodzi o to, by wygrywać, a nie przegrywać w dumnym, białym, królewskim stylu.
Powiedzcie mi teraz, że nie rozumiem madridismo, bo chcę wygranych mojej drużyny. Bo tak to było z Mourinho.
No ale, przecież jeszcze charakter Mou nie pasuje do Realu Madryt...Przypominam, że jest to człowiek, który wychodził pół godziny przed meczem, aby fani mogli wyżyć się na nim i wygwizdać jego, a potem wspierać piłkarzy; człowiek, który powiedział, że porażki są winą jego, a nie drużyny. Jeżeli to nie pasuje do madridismo, to co byłoby odpowiednie? Chyba faktycznie nie rozumiem tego mistycznego słowa.

Wiem, weszłam teraz na grząski teren - temat kibiców.
 Ile razy widziałam bezmyślną nienawiść w komentarzach czy gdziekolwiek, wyciągniętych z..cóż, z niczego. Nawet ostatnio; Mourinho przez 4 bite minuty na swojej konferencji prasowej (które zwykłam oglądać) tłumaczył, dlaczego gra Lopez a nie Casillas. Powiedział, że u niego w normalnych warunkach (czyli jeżeli Diego utrzyma formę, nie złapie kontuzji etc), będzie grał Lopez. Z czego patrzę - wszędzie nienawiść - bo Mourinho powiedział, że nigdy już nie zagra Casillasem. Facepalm.
Ale najbardziej załamało mnie to, że kiedy Mou powiedział, że chce iść tam, gdzie go chcą i gdzie go kochają, również za to zebrał krytykę. Nawet nie mam do tego komentarza.

Mimo tego wszystkiego, mimo tej fali krytyki i mimo porażek: chciałam, żeby Mourinho został. Faktycznie, byłam rozdarta - jeżeli byłabym samą fanką Mou, bez miłości do Realu - automatycznie radziłabym mu odejście, bo nie zasługiwał i nie zasługuje na traktowanie, jakie go spotkało. Ale kocham Real Madryt - i wierzę, że José Mourinho to najlepsze, co spotkało ten klub w ostatniej dekadzie.
Dlaczego?
Może nie spełnił wszystkich oczekiwań i na pewno sam nie jest usatysfakcjonowany tym, co osiągnął.
Mimo to, był (tak ciężko jest mi z tym czasem przeszłym) z nami trzy lata i dał nam trzy puchary.
Pierwsza liga w ciągu 4 lat; 1 Puchar Króla w ciągu 18 lat; pierwsze półfinały Ligi Mistrzów w ciągu ostatnich 8 lat. Ponadto, tytuł ligowy był ligą rekordów.
Sprawił, że uwierzyliśmy, że da się wygrywać z Barceloną ( i zrobiliśmy to; w ostatnich 8 meczach 4 wygrane, 3 remisy i jedna porażka)

Real był przed Mourinho i będzie po - ale nie zmieni to faktu, że będzie mi brakować José na ławce trenerskiej w przyszłym sezonie. To najbardziej charyzmatyczna i plastyczna postać świata futbolu. I nie pociesza mnie myśl, że może trenować znowu w Chelsea..bo to nie to samo. Bo znowu mój ukochany klub będzie pozbawiony mojego ukochanego trenera.
Szkoda, że nie wygraliśmy Decimy.
Szkoda wszystkiego.

I, naprawdę, jeżeli w ostatnim meczu na Santiago Bernabeu w tym sezonie nie będzie ładnego pożegnania, jeżeli stadion nie zaskanduje tego 'José Mourinho' chociaż parę razy, to będę bardzo zawiedziona. Rozgoryczona, pewnie też. I smutna, przede wszystkim.
Nie każę nikomu Mourinho kochać, ale mamy mu za co dziękować. I za co szanować.

Obrigado, José.




Aha, i przypominam, że tracimy najlepszy coaching staff jaki można mieć..

I najseksowniejszego fitness coacha ever.
Ale chociaż na mojej półce pan Casillas z panem Mourinho się kochają (bo muszą, tylko te dwie książki mają taki sam rozmiar).
A teraz idę..płakać? zostały mi jeszcze jakieś łzy?

PS. Medal dla tego, kto przeczytał ;)
PPS. Biję rekordy, parę godzin pisać wpis na bloga?

sobota, 18 maja 2013

If you survived this Real Madrid season, you'll survive anything

Real Madryt - Atletico Madryt 1:2 w finale Pucharu Króla.
Czyli jak szanse na uratowanie sezonu legły w gruzach.

A tak byliśmy pewni tego pucharu...
Bo w końcu Atletico nie wygrało z nami od 14 lat, bo nie przegraliśmy od 43 meczy na Santiago Bernabeu, no bo to przecież niemożliwe, że przegramy z Atleti..
Cóż, akurat ten sezon pokazał, że wszystko jest możliwe.

Mecz zaczął się na naszą korzyść, chociaż pierwsze dziesięć minut nie obfitowało w sytuacje. Chwilę później jednak - w 14 minucie - Cristiano wpisał się na listę strzelców i nic nie zapowiadało tragedii. Wydawało się, że Atletico straciło rezon po utracie gola i Real małymi, ale pewnymi krokami, zbliża się do trofeum.
No ale, zespół się rozluźnił i oddał inicjatywę Atleti, z czego oni skorzystali - i tak, po wspaniałej (trzeba mu to przyznać) akcji Falcao piłkę do siatki Królewskich wpakował Diego Costa.
Oczywiście, teraz wylewa się wiadro pomyj na głowę Diego Lopeza, 'bo Casillas by to obronił, jest niższy, byłby tam szybciej bla bla bla'. Może faktycznie reakcja Diego była lekko spóźniona, ale naprawdę, darujmy sobie już to "co by było gdyby Casillas..". Zresztą, wszyscy widzieliśmy reakcję Lopeza, nie był z siebie zadowolony.

Po golu Real zaatakował ze zdwojoną siłą, ale słupek przeszkodził nam po raz pierwszy. Nie ostatni, niestety.
Cóż, na przerwę zeszliśmy z wynikiem remisowym, ale jeszcze nie było aż takich powodów do zmartwień..w końcu w tym sezonie gole tracimy regularnie, rzadko gramy na zero z tyłu i często zdarzało nam się odrabiać straty, z pozytywnym rezultatem.
Po zamianie stron Real atakował, miał przewagę i był stroną lepszą, ale Atletico znowu miało szczęście, a słupki znowu były przeciwko nam, no i Courtois bronił genialnie.(dobitka Mesuta, słupek Cristiano..)
A później to sędzia zaczął swoje party, zaczynając od odesłania José Mourinho na trybuny. Wiadomo, lepiej być nie mogło, finał bez trenera, z dużym prawdopodobieństwem dogrywki, nie ma komu kierować drużyną..
Tak więc nastał chaos. Karanka i Rui wyglądali na tej ławce trenerskiej jak osierocone dzieci, żółte kartki zaczęły się sypać, no i w końcu doszło to tej dogrywki.
No i w jej ósmej minucie Atletico wyszło na prowadzenie. (Łzy były wszędzie)
Potem jeszcze Pipita miał okazję, Mesut też (Courtois odstawił paradę sezonu)...a następnie Cristiano, którego nerwy nie wytrzymywały od dłuższego czasu, chciał kopnąć w twarz Gabiego.

 Chciał. Gabi odstawił performance na Oscara, no ale CR7 obejrzał czerwoną kartkę. Ławki chciały się bić, bramkarz Atleti dostał czymś z trybun, a potem ten koszmar dobiegł końca i można było iść skakać z mostu.
To by było na tyle o tym meczu.
Cristiano podsumował go najlepiej:

Porque, porque, porque.
Który to już raz w tym sezonie, kiedy patrzenie na pomeczowe zdjęcia po prostu sprawiają ból?

 A to tak bardzo przypomina mi Euro, że aż boli podwójnie:

Mou na konferencji prasowej powiedział, że nie sądzi, żeby Atletico zasłużyło na wygraną, ale to oni wygrali. Bardzo dobrze podsumowuje to nasz brak szczęścia w tym sezonie.
2:0 z Dortmundem i brak czasu; teraz aż 3 słupki, które powinny być golami; przegrana w meczu po samobójczym golu Cristiano; kontuzje, kontuzje..i można wymieniać tak długo, pech w tym sezonie prześladuje nas koszmarnie.

Przegrana ta boli mnie również ze względu na José. Zależało mi, żebyśmy wygrali ten puchar, aby nie psuć mu statystyki, bo od czasu, kiedy prowadził Porto (!) jeszcze nie było sezonu, w którym nie wygrałby chociaż jednego trofeum. Cóż, nie udało się; już powiedział, że to najgorszy sezon w jego karierze i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się zgodzić.

Pozostając w temacie Mou - tak, oczywiście, to jest wszystko jego wina. Jego i tylko jego. Epidemia dżumy w średniowieczu to też była jego wina, potop szwedzki również, no i wszystkie przegrane Niemców od '96 też zawdzięczamy jemu. URGH.
Dobra, nie mówmy, że jest całkowicie bez winy, odpowiedzialność za nieudany sezon ponosi cała drużyna, ale, przepraszam, co on mógł wczoraj zrobić?

Najbardziej denerwują mnie zarzuty, że Mourinho nie szanuje Realu Madryt, no szewska pasja mnie bierze jak to słyszę. Ale wykraczam już poza temat, o Mou miałam milczeć dopóki nie dowiemy się jaką decyzję o jego przyszłości podjął on sam i klub.

No ale trzeba spuścić zasłonę niepamięci na większość tego sezonu i zacząć myśleć o następnym.
O zakupie ofensywnego prawego obrońcy, przede wszystkim.
A jeżeli Mou zostanie, to możemy być pewni, że na pewno będzie lepiej. Bo nikt nie może mu odmówić ambicji; będzie chciał wygrać wszystko, co możliwe. Zresztą, jak zwykle.
I może skończymy tak jak Bayern, który w zeszłym sezonie przegrał wszystko, a teraz ma szanse na potrójną koronę.
Jak powiedział Sergio, 'musimy mieć entuzjazm i ambicję na następny sezon.'
Hala Madrid!

Ach, jeszcze na marginesie, trochę marudzenia na TVP.
Nasza telewizja publiczna mocno sobie nagrabiła u mnie w tym sezonie. Jak tu człowieku masz płacić abonament, skoro nie możesz zobaczyć początku transmisji, kiedy piłkarze wychodzą z tuneli itd., bo musisz oglądać reklamy. Jak ja mam im płacić abonament, skoro w momencie zakończenia meczu, kiedy każdy chciałby zobaczyć celebracje/płacz swojej drużyny i wręczenie medali, oni przełączają się do jakiegoś pożalsięboże studia, w którym siedzi trzech nadętych bufonów i których opinii o meczu absolutnie nie chcę słuchać? Najgorsze jest to, że robią tak zawsze. Jeszcze do tej pory pamiętam, jak ceremonię zamknięcia polskiego Euro oglądałam na ZDF, bo na TVP1 leciały reklamy. A tak mówią, że telewizja publiczna jest lepsza od komercyjnych - przepraszam, Nsport nigdy się nie spóźnia z transmisją meczu.
Czyste gnojstwo.

Uch, przydałoby się wstawić chociaż jedno ładne zdjęcie wśród tej tragedii..o, jest.
Mou na konferencji prasowej. Jak zawsze piękny.

czwartek, 16 maja 2013

Europe is blue

Europa jest cała niebieska i pozostanie taka przynajmniej do 25 maja.
Proszę, poznajmy ustępujących mistrzów Europy i aktualnych triumfatorów Ligi Europejskiej:


Niby Liga Europejska to taki puchar pocieszenia, a jednak przyjemnie się go wygrywa. Tym bardziej jak jest jedynym trofeum jakie zdołało się zgarnąć w danym sezonie.
Szkoda tylko, że po kolejnym triumfie CFC w Europie znowu trzeba wysłuchiwać utykań na styl, w jakim tenże triumf został odniesiony..
Moim zdaniem te pretensje są nieuzasadnione.
Faktycznie, mecz nie poszedł po myśli Chelsea i w pewnych momentach nawet  miała problemy z wyprowadzeniem piłki poza własną połowę.
Styl gry Benfiki bardzo mi się podobał (mimo że jeśli chodzi o ligę portugalską, kibicuję Porto) i trzeba przyznać, że w większej części meczu grała ładniej dla oka.
Jednak, mimo wszystko, nie wykorzystywała swoich sytuacji. Stwarzała ich bardzo dużo, ale jeśli oddawała już strzały, zwykle były tragiczne, w czwarte piętro albo w obrońców CFC, ewentualnie w Petra Cecha. Jak to się mówi, niewykorzystane sytuacje się mszczą...a poza tym, jak można mówić, że Chelsea nie zasłużyła na wygraną, skoro strzeliła dwa poprawne gole, z gry i stałego fragmentu, a jedyną stuprocentową sytuacją jaką posiadała Benfica był rzut karny?
Nie będę skupiać się na błędach jakie popełniała Chelsea - kiedy wygrywa się finał, pojedyncze noty przestają się liczyć.
Gole były pięęękne (chociaż muszę się przyznać, że przez chwilę wątpiłam w powodzenie akcji Torresa, całe szczęście to nie jest zeszły sezon i Fernando jest Fernando, a nie..no, nieważne, w zeszłym sezonie zresztą też przecież strzelił ładnego gola z pięknym wyminięciem bramkarza..).
Brana :')

Skoro już kwestie samego meczu mamy za sobą, możemy przejść do najmilszego - celebracji.


1.Chcę zbudować Frankowi Lampardowi pomnik. (Nie napisałam notki o tym, że pobił rekord Tamblinga, ma już 203 goli i wygrał nam cały mecz z Aston Villą, bo tak emocjonalnie do tego podeszłam, że to byłby chaos haha)
2. Fernando, naprawdę. Zabijasz.
3. Czy ktoś zauważył, że przy robieniu zdjęcia grupowego z pucharem Frank cały czas trzyma małą Summer Terry za rączkę? Awww.
4. John :')

Oczywiście, są mniej ładne obrazki..
Smutny Jorge Jesus to bardzo nieprzyjemny widok dla mnie, jestem jego fanką. ( I jeżeli Mou ma odejść z Realu, jego widziałabym jako kolejnego trenera.)
Szkoda mi Benfiki. Przegrać 7 europejski finał z rzędu? Tragedia.

Ale, ale, co do pana występującego na zdjęciu z Jorge Jesusem.
 Tego pana też mi wczoraj było trochę szkoda, był taki osamotniony z tym pucharem..
Dobra, nigdy nie uważałam że zatrudnienie go było dobrym pomysłem, ale jakby nie patrzeć, mimo paru popełnionych błędów, takich jak wpuszczanie Benayouna przy negatywnym wyniku, czy mimo sposobu traktowania Terry'ego etc etc etc., facet jednak zapewnił Chelsea start w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie i wygrał Ligę Europejską, więc dobrze byłoby mu podziękować. Ode mnie w każdym razie, Rafa, masz duże ' thank you' i 'gracias'.

Ale wracając do rzeczy absolutnie przyjemnych:
To jest dzisiejsze zdjęcie Franka Lamparda przedłużającego kontrakt z Chelsea.
AMAZING GRACE.
:')

A najbardziej uroczy moment wczorajszego wieczoru zostawiłam na sam koniec:
asdfghjkl :')
Teraz mogę umrzeć w spokoju.


we know what we are...
we know what we are...
CHAMPIONS OF EUROPE!