I tak właśnie zacięłam się na tytule, bo siedzę i patrzę się na niego od 5 minut.
Bo może nadal to do mnie nie dochodzi, albo właśnie doszło, kiedy sama to napisałam.
Zabawne, kiedy rzecz, o której mówiło się od pół roku, dochodzi do skutku i mimo tak długiego "okresu przygotowawczego" nie możesz się z nią pogodzić.
Real Madryt zawsze był moim pierwszym, ukochanym klubem, z którym łączy mnie największa więź emocjonalna. Wiecie, mówi się, że nikt samemu nie wybiera klubów - to one wybierają ciebie - i zwykłam w to wierzyć. Tak więc, Real Madryt wybrał mnie i cóż, najwyraźniej takie już moje przeznaczenie.
Zwykle nikt nie ma grona ulubionych piłkarzy, trenerów itd. Oczywiście, przechodzi się fazy, nazwę to "zakochaniem", kiedy przez pewien czas pozostajemy pod czyimś urokiem, ale zwykle tych prawdziwych "miłości" mamy stosunkowo niewiele. Za to pozostają z nami na zawsze.
W moim przypadku jedną z takich miłości zawsze był José Mourinho.
Można sobie wyobrazić, jak bardzo szczęśliwą osobą byłam kiedy trener, który był dla mnie inspiracją, w każdym aspekcie, ponadto który osiągał sukcesy, przeszedł do mojego, wielkiego, tylko trochę niepamiętającego swojej wielkości klubu, potrzebującego sukcesów. Dla mnie równanie było proste: sukcesy = Mourinho. Moje postrzeganie tego równania nie zmieniło się.
Ten przydługi wstęp ma swój cel: mianowicie pokazanie tego, że nie nie jestem madridistką smutną z powodu odejścia trenera, którego bardzo lubi. Nie; ja jestem zarówno madridistką, jak i mourinhistką.
Że kiedy Real wygrywał coś razem z Mou - liczyłam zarówno który to puchar Realu, a także który samego Mourinho.
Oczywiście, teraz można zrozumieć, jak ważne dla mnie było to, żeby Mou przyniósł Realowi sukces - przyniósł Décimę, będąc dokładną.
Szkoda, że już nie ma szans na szans na spełnienie mojego marzenia.
Po sezonie 2011/ 2012 wszystko było piękne, Mou przedłużył kontrakt aż do 2016 i krzyczałam z radości.
Jak wielki był mój zawód, kiedy nagle, pół roku później, po złej pierwszej części sezonu nikt już nie chciał Mourinho..wszyscy zapomnieli, o tym, co zrobił dla Realu - nie, przepraszam, przecież mówiło się, że go splamił i zniszczył. Bawi mnie to.
Nie zamierzam analizować całej sytuacji z Ikerem Casillasem (swoją drogą, zabawne, że odejście Mou ogłoszono w jego urodziny), nie będę się zastanawiać czy był między panami konflikt przed posadzeniem Ikera na ławce, nie będę myśleć, czy to Iker chodził po prasie i kazał narzeczonej rozpowiadać rzeczy z szatni. Skupię się na sportowych aspektach i powiem jedynie, że decyzję o posadzeniu go na ławce uważam za słuszną. Święty nie święty, przez całą pierwszą połowę sezonu był nie w formie - zagranie z posadzeniem go na ławce prawdopodobnie miało na celu pobudzenie go, pokazanie, że jeżeli będzie w złej formie to nie dostanie z biegu miejsca w pierwszym składzie, za samo nazwisko. Powinien się starać. Jak pamiętamy, drugi mecz też przesiedział - również dobrze, Mou musiał pokazać, że mimo nacisku prasy i fanów to on tu rządzi. W trzecim meczu Iker już grał - i to grał lepiej. Niestety, zdarzyła się ta przeklęta kontuzja, kupiliśmy Diego Lopeza no i wiadomo, że za kadencji Mourinho Iker już nie zagra.
Te trzy mecze faktycznie były trudne i można się było kłócić - czy Mou faktycznie chciał ''rozbudzić" Ikera, czy to może się odezwała jego "wredota, brak szacunku i przeogromne ego". Co oczywiście również mnie rozbawiło.
Nie mówię, że José Mourinho nie ma wad, oczywiście; ale jednego jestem pewna - nie osłabiłby drużyny ot tak, nie mając w tym celu, kierując się tylko jakimś widzimisię (zresztą, wtedy to nawet nie było
osłabienie. O ile dobrze pamiętam, Adan wpuścił tylko to, czego Iker również nie mógłby obronić). Dlaczego nie zrobiłby tego? Bo, przede wszystkim, Mourinho jest profesjonalistą. Cholernie ambitnym profesjonalistą, który chce wygrać każdy mecz.
W wyniku kontuzji Casillasa kupno nowego bramkarza było oczywiście niezbędne; a Diego godnie zastąpił naszego kapitana pomiędzy słupkami. Dlatego nie rozumiałam, i nadal nie rozumiem, dlaczego po tym, jak Iker już się wykurował, miano pretensje do Mourinho, że nadal stawia na Lopeza. Bramkarz w świetnej formie, dzięki któremu udało nam się wygrać parę meczy, który miał duży wkład w przechodzenie do kolejnej rundy Ligi Mistrzów, boże, dlaczego on gra? Nie powinien, skoro jest święty Iker, który nie grał od paru miesięcy, no ale Iker to Iker i Iker musi grać! Urgh..
Oczywiście, tutaj muszę zaznaczyć, że zawsze byłam fanką Casillasa. Który madridista by nie był? Mimo to, dla mnie, na jego wizerunku w trakcie tego sezonu pojawiły się rysy.
Po pierwsze, jego milczenie. Powinien był, jako kapitan, powiedzieć, że rozumie, iż nie zawsze może grać. Że rozumie wybór trenera, bo Diego Lopez jest w gazie i broni wszystko. Że szanuje decyzje trenera. Czekałam. Może i powiedział, że wspiera Diego; ale nie wyrzekł ani jednego zdania o trenerze - oprócz tego, że jest szczery (w tonie i z miną, która już tylko mogła dać pole do popisu prasie).
Oczywiście, nie obwiniam Ikera, i on i Mou mają swoje za uszami - głównym powodem madryckiego dramatu w ostatnich miesiącach jest hiszpańska prasa.
Hiszpańska prasa nie jest w stanie znieść słowa "sukces" i "Portugalczyk" obok siebie. Tak też jest z Cristiano Ronaldo - kogo z całej drużyny media atakowały najbardziej, razem z Mourinho? Hiszpańska prasa nie jest w stanie przejść koło sukcesów Cristiano bez przyrównywania go do kogoś innego, albo bez wytykania mu tych błędów, które zdarzyło się mu popełnić.
Rozbawiło mnie, jak bardzo te media ostatnio broniły Pepe - w końcu to one, te same, nazywały go, jeszcze niedawno, rzeźnikiem. To przed tą prasą Mourinho wstawiał się za Pepe. Szkoda, że zawodnik pokazał nam, że ma krótką pamięć.
Oczywiście, nie mówię, że prasa hiszpańska automatycznie nie lubi tego, co portugalskie. Jednak niechęć pozostaje, a charakter Mou sprzyja rozsiewaniu nienawiści.
Mourinho zawsze był szczery, co nie sprzyja miłości; poza tym, widział też ten stosunek jaki ma do niego prasa - był taki sam dla nich, jak oni dla niego. Oni wytykali mu błędy - on im udowadniał, że nie mają racji. Nigdy nie dał się podporządkować.
Można powiedzieć, że takie stosunki z prasą są dla Mou normalne, bo traktowany był tak wszędzie - ale jest pewna zasadnicza różnica. W Anglii, gdyby popełnił błąd, oczywiście by mu go wytknięto; ale nigdy nie zapomniano by o tym, co już osiągnął. Prasa hiszpańska woli nie pamiętać o jego sukcesach.
Oczywiście, moim zarzutem wobec hiszpańskiej prasy jest jeszcze to, że zrobili z Casillasa świętą krowę. Całą historię pomalowali na czarno biało - Iker był pokrzywdzoną, biedną księżniczką przetrzymywaną w wieży przez okrutną czarownicę, Mourinho.
Cóż, Hiszpanie mają tak samo patetyczne podejście do Casillasa jak Polacy do Lewandowskiego. (Polska: Lewy, pokaż tym Niemcom! Niech wiedzą, że jesteś lepszy!, Hiszpania: Iker, pokaż temu Portugalczykowi...). Iker pozostaje symbolem hegemonii Hiszpanii, ich sukcesów i jest nietykalny. Cóż, José prawdopodobnie źle obliczył swoje siły - z klubem, w którym pracuje, umie wywalczyć to, czego chce. Niestety, nie sposób walczyć z prasą, która obserwuje każdy twój ruch i interpretuje go na swój sposób, zgodny z propagandą, jaką chce przeprowadzić.
Chcę wierzyć w to, że osoby, które w tym momencie tak nienawidzą Mourinho, są po prostu osobami które uległy tej propagandzie.
Moim zdaniem Mourinho błędy popełniać zaczął dopiero ostatnio: sytuacja z Pepe może być tego przykładem. Cóż, zawodnik nie powinien był pouczać trenera; Mourinho miał pełne prawo do odpowiedzenia mu. Zresztą, nawet wtedy nie potraktował go źle - stwierdził jedynie fakty, mówiąc, że problemem Pepe jest Varane...Ale na tym powinien był poprzestać. Szczerze mówiąc, byłam mocno zdziwiona widząc, że nie powołał go na następny mecz - i lekko zawiedziona.
Ale, proszę, komu nie zaczęłyby puszczać nerwy?
Nie jestem w stanie sobie wyobrazić presji, jaką nałożono na Mourinho, tak była ogromna.
Cholera, jego nawet
śledzono, żeby udowodnić, że pracuje parę godzin mniej!
Facet nie mógł spokojnie pójść na mecz swojego własnego syna, bo miano o to do niego pretensje!
Ponadto dziewczyna kapitana jego drużyny wynosiła informacje z szatni, a teraz w dodatku zawodnik, którego zawsze bronił, wbija mu nóż w plecy..
Gdybym była na miejscu Mourinho, zwariowałabym.
Tak wiele razy w tym sezonie czułam, że nie zniosę kolejnej wypowiedzi o tym, jak to Mourinho nie rozumie 'madridismo' i nie zasługuje na bycie trenerem Realu Madryt, bo plami i kale i niszczy jego wizerunek.
I teraz słyszę, że kiedy już go nie będzie, klub znowu będzie monumentalny, czysty, królewski.
Teraz się okaże, jak złą madridistką jestem. Tak, jestem przywiązana do tradycji klubu.
Ale jak słyszę teksty, że 'Real wolałby przegrać, niż wygrać w ten sposób bo my jesteśmy wielkim Realem Madryt', albo (kiedy Mou kazał Sergio i Xabiemu się wykartkować) "Mourinho to wstyd dla Realu, to nie jest w naszym stylu" (no bo np. w finale nie chcielibyśmy mieć kluczowych zawodników), to mnie pusty śmiech bierze.
Na to wychodzi, że nie w naszym stylu jest wygrywanie. Że, kontynuując moje równanie, jeżeli Mourinho = sukces, a my się mijamy z Mourinho, to również mijamy się z sukcesem..Dobra, poszłam za daleko.
Ale, czy nikt naprawdę nie widzi, że to wszystko powyżej to tylko gadka dla przegranych? To wymyślanie argumentów przed porażką, która jeszcze nie nastąpiła?
W piłce nożnej chodzi o to, by wygrywać, a nie przegrywać w dumnym, białym, królewskim stylu.
Powiedzcie mi teraz, że nie rozumiem madridismo, bo chcę wygranych mojej drużyny. Bo tak to było z Mourinho.
No ale, przecież jeszcze charakter Mou nie pasuje do Realu Madryt...Przypominam, że jest to człowiek, który wychodził pół godziny przed meczem, aby fani mogli wyżyć się na nim i wygwizdać jego, a potem wspierać piłkarzy; człowiek, który powiedział, że porażki są winą jego, a nie drużyny. Jeżeli to nie pasuje do madridismo, to co byłoby odpowiednie? Chyba faktycznie nie rozumiem tego mistycznego słowa.
Wiem, weszłam teraz na grząski teren - temat kibiców.
Ile razy widziałam bezmyślną nienawiść w komentarzach czy gdziekolwiek, wyciągniętych z..cóż, z niczego. Nawet ostatnio; Mourinho przez 4 bite minuty na swojej konferencji prasowej (które zwykłam oglądać) tłumaczył, dlaczego gra Lopez a nie Casillas. Powiedział, że u niego w normalnych warunkach (czyli jeżeli Diego utrzyma formę, nie złapie kontuzji etc), będzie grał Lopez. Z czego patrzę - wszędzie nienawiść - bo Mourinho powiedział, że nigdy już nie zagra Casillasem. Facepalm.
Ale najbardziej załamało mnie to, że kiedy Mou powiedział, że chce iść tam, gdzie go chcą i gdzie go kochają, również za to zebrał krytykę. Nawet nie mam do tego komentarza.
Mimo tego wszystkiego, mimo tej fali krytyki i mimo porażek: chciałam, żeby Mourinho został. Faktycznie, byłam rozdarta - jeżeli byłabym samą fanką Mou, bez miłości do Realu - automatycznie radziłabym mu odejście, bo nie zasługiwał i nie zasługuje na traktowanie, jakie go spotkało. Ale kocham Real Madryt - i wierzę, że José Mourinho to najlepsze, co spotkało ten klub w ostatniej dekadzie.
Dlaczego?
Może nie spełnił wszystkich oczekiwań i na pewno sam nie jest usatysfakcjonowany tym, co osiągnął.
Mimo to, był (tak ciężko jest mi z tym czasem przeszłym) z nami trzy lata i dał nam trzy puchary.
Pierwsza liga w ciągu 4 lat; 1 Puchar Króla w ciągu 18 lat; pierwsze półfinały Ligi Mistrzów w ciągu ostatnich 8 lat. Ponadto, tytuł ligowy był ligą rekordów.
Sprawił, że uwierzyliśmy, że da się wygrywać z Barceloną ( i zrobiliśmy to; w ostatnich 8 meczach 4 wygrane, 3 remisy i jedna porażka)
Real był przed Mourinho i będzie po - ale nie zmieni to faktu, że będzie mi brakować José na ławce trenerskiej w przyszłym sezonie. To najbardziej charyzmatyczna i plastyczna postać świata futbolu. I nie pociesza mnie myśl, że może trenować znowu w Chelsea..bo to nie to samo. Bo znowu mój ukochany klub będzie pozbawiony mojego ukochanego trenera.
Szkoda, że nie wygraliśmy Decimy.
Szkoda wszystkiego.
I, naprawdę, jeżeli w ostatnim meczu na Santiago Bernabeu w tym sezonie nie będzie ładnego pożegnania, jeżeli stadion nie zaskanduje tego 'José Mourinho' chociaż parę razy, to będę bardzo zawiedziona. Rozgoryczona, pewnie też. I smutna, przede wszystkim.
Nie każę nikomu Mourinho kochać, ale mamy mu za co dziękować. I za co szanować.
Obrigado, José.
Aha, i przypominam, że tracimy najlepszy coaching staff jaki można mieć..
I najseksowniejszego fitness coacha ever.
Ale chociaż na mojej półce pan Casillas z panem Mourinho się kochają (bo muszą, tylko te dwie książki mają taki sam rozmiar).
A teraz idę..płakać? zostały mi jeszcze jakieś łzy?
PS. Medal dla tego, kto przeczytał ;)
PPS. Biję rekordy, parę godzin pisać wpis na bloga?